wtorek, 14 lipca 2015

Granice postępu: Homoterror w domu na wzgórzu

To już prawie szęść lat od kiedy MC zakończyła swoją działalność, od czasu do czasu wyrywając się z letargu i przypominając o swoim istnieniu, tak jak to było w lipcu 2011 roku. Co jednak najciekawsze, statystyki odwiedzin i poczytności niemal przez cały ten czas szalały, co objawiło się również zepsuciem licznika po prawej stronie. Thanks, Obama. Co jakiś czas czytelnicy dawali jeszcze jakiś znak życia pisząc w shoutboxie. Ktoś nawet postanowił przechować większość naszych analiz na pewnym portalu do wymiany plików. To miłe.

Podziękowania przyjmijcie w formie analizy, która na moim dysku leży już parenaście dobrych miesięcy i szkoda, aby się zmarnowała. Być może będzie to niedokładna, ledwie zaczęta przygoda pozbawiająca mnie dużej części energii potrzebnej do przeżycia. Jednak jako naprawdę stary analizator nie mam już na tyle sił i możliwości, aby ogarniać blogaskową rzeczywistość. Ale w tym wypadku sam twór wydaje się naprawdę godnym przeciwnikiem. Jeśli jednak przedstawiona tu treść przyniesie Wam choć kilka uśmiechów, to było warto.

Jeśli nie, to możecie próbować i szukać dalej - świat od 2009 roku zmienił się niesamowicie, a analizatornie są już niczym wielowymiarowe postaci z opowieści aŁtoreczek: rzadkie i niespotykane nawet w powieściach wydawanych na rynkach. Być może właśnie z powodu braku wielu obrońców dobrej lektury, światem zawładnęły następczynie Belli i quasi-Hermiony, która straszyła swoją seksualną rozwiązłością. Być może przyczynków do ponownego analizowania jest jeszcze więcej. Ale czasami enough is enough. I tak jak poprzedni wpis był zapewne miłą gratką dla tych, którzy w jakiś sposób stęsknili się za głupotami, które tu wypisywałem, tak ten wpis niech będzie zwieńczeniem tej przygody.

Do zobaczenia w nowym świecie.
Miłego wypoczynku. 


___

Jeśli ktoś nie zna Mamuchy, to raczej nieczęsto bywa na Frondzie. Jeśli ktoś nie rozpoznaje Frądy, to... może i lepiej dla jego zdrowia psychicznego. A jednak na portalu poświęconym można odnaleźć prawdziwych bojowników o cnotliwość i najwyższe wartości. Takich, którzy nie tylko wygłaszają płomienne mowy w swoich komentarzach, ale dzielą się także swoją poezją i prozą. Czego tu nie ma: reptilianie, żydzi, zomo, homo, niszczenie religii i wieczne prześladowania... Brak tylko rozumu.
Z udostępnionych 17 odcinków (z których ostatni udostępnioni niemalże pół roku temu) udało mi się przebrnąć przez początkowe pięć. Resztę możecie poznać na własną odpowiedzialność, ale ostrzegam - dalej jest już tylko nudniej.


- Proszę pani...  - głos nauczycielki zabrzmiał niemal przepraszająco, ale Beata i tak zamarła na moment. Przeczuwała coś bardzo niemiłego. Już podczas wyczytywania listy przybyłych na wywiadówkę rodziców, usłyszała przy swoim nazwisku jakby wahanie czy drżenie. 
Może ma trudne nazwisko. W końcu kto się nigdy nie przejęzyczył, niech pierwszy rzuci kamień.

Co takiego mógł przeskrobać jej grzeczny Patryk? Dziecko, w przeciwieństwie do swojego starszego brata (który najwyraźniej odmówił bycia dzieckiem ani istotą bliską człowiekowi), nie sprawiające żadnych kłopotów. Tak starannie odrabia wszystkie lekcje! 
Tak, tak. A potem ni z tego, ni z owego, wyrasta się na narodowca!


- Proszę pani, nawet nie wiem, jak mam to pani powiedzieć. Szkoda, że oboje państwo nie przyszli...- Patryk zrobił coś złego? A może znowu chodzi o Michasia? 
- Nie, nie, nic takiego, ale... Proszę zresztą spojrzeć – nauczycielka otworzyła grubą teczkę – Muszę to wypełnić odnośnie Patryka. A tu są punkty do rozmowy z panią lub z pani mężem. 
Biurokracja, wszędzie biurokracja...
 
- Ale co się stało?! - Beata odepchnęła podsuwane jej krzesło i stanęła w pozycji prawie bojowej.
Prawdziwy obraz Matki Polki. Niech jeszcze tylko wyjmie z torebki zestaw z podręcznym krzyżem.

- Nic, czemu by dzieci pani miały być winne. Stowarzyszenie do Walki z Przemocą i Wykluczeniami założyło państwa rodzinie tak zwaną „kartę zagrożenia”.
Beata poczuła ogarniającą ją falę gorąca. Przez myśl przeszło jej ostatnie lanie, jakie sprawili Michałowi za wyjście bez pozwolenia i bardzo późny powrót do domu.
Okay, teraz wchodzimy w mroczne strony literatury socjologicznych science fiction. Gatunek nieco zapomniany, za czasów PRL-u miał się u nas całkiem dobrze.

Bartek powiedział, że mu szkoda ręki i o pośladki Michasia ze dwa razy odbił się szeroki skórzany pas. Wiedziała, że postąpili źle, ale przecież już szaleli z rozpaczy, że starszy synek nie wraca.
Dlatego wszelkie troski i zmartwienia rozwiązuje się przemocą. BDSM: The Real Story.


- My nigdy... my na ogół... my z założenia nie bijemy dzieci... Kochamy je nad życie... - zaczęła   tłumaczyć się Beata, ale nauczycielka pokręciła głową
- Nie chodzi o przemoc, tylko o homofobię.
Ohoho, zaczyna się.

Tu jest odnotowane, że nie wyrazili państwo zgody na objęcie Michałka wychowaniem seksualnym.
Objęcie wychowaniem seksualnym polega na odtańczeniu przez nauczycieli odpowiedniego utworu Madonny wokół dzieci owiniętych w nadzwyczaj wielkie prezerwatywy.

Syn nie przyszedł też na warsztaty „Miłość na Tęczowo” adresowanych przede wszystkim do dzieci, które nie uczestniczą w "lekcjach seksu", jak się je popularnie nazywa.

"Przykro mi, ale nasz syn nie będzie posiadał żadnego życia seksualnego. Proszę zrozumieć nasze postanowienie. Nie podpiszemy."

Boże! Dlaczego nie było z nią Bartka?! On umiał wybrnąć z każdej sytuacji. On zawsze  potrafił znaleźć argumenty. On pokazałby tej babie i tym kretynom ze Stowarzyszenia! Homofobia! Też coś!
Przecież nie ma takiego słowa. To wymysł lewaków i komunistów.

- Mnie również pewne sprawy nie podobają się – usłyszała spokojny głos nauczycielki – Ale musimy razem jakoś wypełnić te rubryczki. Zna pani Krystianka Mroza?

Krystianek, Adrianek. Nie zna, ale na pewno pedał.

- A... jego tata w tej niebieskiej marynarce... Chyba coś słyszałam. To ten wychowywany przez dwóch mężczyzn.

- No, właśnie. Patryk nie pojawił się na jego urodzinach i nigdy nie zaprosił go do siebie.

I nigdy nie ruchali się w dupę. No come on.

- Nie, skąd. Patryk jest bardzo lubiany w klasie i Krystian podobno był zrozpaczony, że nie przyszedł na jego urodziny. Ten tata, co był dzisiaj, zadbał, żeby zaproszenie trafiło do każdego ucznia, a właściwie do jego rodziców.
- Tak, ale synek był świeżo po grypie, a tam miały być jakieś kąpiele w basenie czy coś. Przypominali o zabraniu kostiumów kąpielowych i ręcznika.
- O, tak, tak! Oni tam mają luksusowe warunki. Było podobno dużo atrakcji. Krystian ma taką specjalną ścianę do wspinania, zjeżdżalnię do basenu i mnóstwo zabawek.
A wszystko kupione za żydowskie kamienice. To spisek.

 

- Państwo podobno ingerujecie w przyjaźnie Patryka i zabraniacie mu przyjaźni z Krystiankiem, który bardzo boleśnie przeżył, że państwa synek odmówił nawet przyjęcia skromnego upominku.
I bardzo dobrze. Już nawet sytuacja z koniem trojańskim pokazała, że ludzie ludziom wilki.

Spośród różowych i błękitnych blankietów nauczycielka wydobyła coś jakby laurkę. Gdy otworzyło się jej kartki, rozkładała się tęcza, która niby parasol osłaniała splecione sylwetki dwóch chłopców. (jak bardzo splecione?) Pod spodem widniał kawałek ozdobnego papieru z wydrukowanym tekścikiem: „Z wyrazami przyjaźni i chłopięcej miłości – Krystian”.  W papierowych kieszonkach dookoła kartki tkwiły poupychane do granic możliwości płaskie gumy do żucia

Wy też się wzruszyliście?

- Ja chyba śnię! To przecież jest jakiś absurd, żeby ktokolwiek się czymś takim oficjalnie zajmował! To co?! Zabiorą nam synów i oddadzą do domu dziecka?! Wciąż czyta się o takich sprawach, ale, jak rozmawiałam z kimś, kto pracuje w opiece społecznej, to podobno zawsze dotyczy jednak rodzin patologicznych. Ci z Bytomia, co taka była głośna sprawa wychowywania do nienawiści rasowej, to przy okazji byli alkoholicy.
Dla wszystkich, którzy nie byli w Bytomiu - krótki, acz treściwy materiał poglądowy wyjaśniający sprawę wszelkiej niesprawiedliwej i kierowanej zazdrością napaści na to wspaniałe miasto. To po prostu zazdrość i niezrozumienie.

Zaniedbywali i bili dzieci, upijali się do nieprzytomności. Ale dla mediów najważniejsze było rozdmuchanie ksenofobii, homofobii czy czego tam jeszcze! To przecież nas nie może dotyczyć!
Jakby nie było, bicie z powodu troski podchodzi pod pojęcie patologii...

- Przede wszystkim nie może pani krzyczeć. Zwłaszcza tutaj. Ja muszę już iść do domu. Wie pani co? Chodźmy razem i porozmawiajmy po drodze.
Ta rozmowa trwa stanowczo za długo. Kiedy ja wypełnię te tabelki i punkciki?

- Zapraszam panią do nas – wykrztusiła z trudem -  Naprawdę. Bardzo proszę! O szóstej powinien być już mój mąż.
Nauczycielka zawahała się
- Nie - powiedziała wreszcie - Michałek i Patryk nie powinni nas słyszeć. Chodźmy do mnie. Mieszkam zupełnie sama.
A może z jakimś... nie daj boże, mężczyzną?!

Pomyślała sobie nagle, że wychowawczyni syna jest po jej stronie. Stwierdziła, że ma solidną, uczciwą twarz, wcale nie tępą, jak często myślała wcześniej.
A dzisiaj drogie dzieci, nauczymy się nie oceniać ludzi po wyglądzie i stopniu pokrewieństwa naszych zainteresowań i poglądów. To będzie ciężka i długa lekcja...

Odczuła nawet wyrzuty sumienia, bo kiedyś śmiali się z Bartkiem, że nauczycielka Patryka mogłaby zagrać bez charakteryzacji typową starą pannę z połowy dwudziestego wieku.
I wtedy uniósł się arystokratyczny śmiech rozchodzący się po 20 pomieszczeniach willi z basenem*


Te proste bure suknie z obowiązkowymi białymi kołnierzykami lub infantylnie zawiązaną chusteczką! Te płaskie jakby męskie półbuty i niemal muzealna teczka! Ten koczek upięty zawsze identycznie i okulary o niemodnym kształcie! Egzemplarz wyciągnięty z lamusa! Boki zrywać!
Te wykrzyknienia bez jakiegokolwiek artystycznego i emocjonalnego powodu!

Mieszkanie nauczycielki było jak ona sama.
Niby kobiece, a jednak wszędzie męskie półbuty. Mówiłem, że coś tu nie gra.

Na komodach i kredensie stały fotografie rodzinne w złoconych ramkach. Nad drzwiami wisiał wielki krzyż z Panem Jezusem, a nad kredensem sczerniała reprodukcja Ostatniej Wieczerzy.
Dzięki rozrysowanym tle społeczno-historycznym, mieszkanie nauczycielki maluje się niczym siedziba tajnej grupy opozycyjnej. A jej hasło to okoń.

- Przyjemne mieszkanie – powiedziała szczerze Beata – W ogóle cała kamienica taka staroświecka. Ze szczególną atmosferą. 
- Tak pani myśli? To pozory, bo i tutaj już są – odrzekła nauczycielka, stawiając na stole filiżanki i dzbanek z kawą.
- Kto?
- Jak to, kto? (Rosjanie!) Plan „Integracja Orientacji” realizuje się już całą gębą.
Tylko ZOMO!

I nawet tu nam dali, do największego lokalu na pierwszym piętrze, dwójkę działaczy gejowskich. Pan Jacek i pan Tomek są, jak twierdzą, małżeństwem. Nazwiska mają identyczne! Nie zauważyła pani tęczy na wizytówce. Przechodziłyśmy obok. Poprzedni lokatorzy musieli się wyprowadzić. Więc klimat nie jest najlepszy i sprawę państwa trzeba potraktować poważnie. Musimy przygotować się do obrony.

Obrona staroświeckiej atmosfery. Poustawiać wszędzie krzyże, nie sprzątać przez parę miesięcy i przede wszystkim pozbyć się różu. Homo-terroryzm nie przejdzie!

- Boże! A więc to nie tylko internetowe i gazetowe sensacje! Rozmawia się o tym często, ale nigdy nie odczuwaliśmy, że możemy być obiektem jakichś ataków. Zirytowało nas trochę, że w tym roku wprowadziła się nam do bloku już druga homoseksualna para, ale u nas nikogo nie wyrzucali. Mieszkania były puste. Wierzyliśmy, że to wszystko nie wepchnie się za nasz próg, do naszego życia! Tych ludzi nikt u nas nie prześladuje! Jedni są hałaśliwi i ostentacyjni; drudzy dziwacznie wystrojeni, ale spokojni. Mówimy sobie „dzień dobry”.
I codziennie sobie... paradują o poranku! Skandal.


No... raz zgłosili sąsiedzi awanturę u tych głośnych, bo o pierwszej w nocy były tam jakieś wrzaski, trzaskania drzwiami. Ktoś wymiotował z balkonu i pewnie wycierał się firanką, bo rano leżała na chodniku. U nas policja też była i pytała...

Pytała o firankę, której zakrwa... pokryte wymiocinami ciało sprzątnięto rano sprzed kamienicy.

- Proszę. Te skargi wydrukowałam nielegalnie. Do dyrekcji szkoły, do kuratorium, do stowarzyszenia od wykluczeń!   
- Co takiego?! Nie byliśmy na zebraniu powitalnym nowych lokatorów! Ponieważ chcieliśmy wyrazić swoją dezaprobatę wobec ich orientacji seksualnej?! A to były jakieś powitania?! Ja nic nie wiem! Przecież to stek nonsensów!
Cytując: "To jest stek nonsensów wyssanych z jakiegoś brudnego, gejowskiego palca."

- Mnie nie musi pani tego tłumaczyć. Myślę dokładnie tak samo, ale jestem ledwie tolerowaną nauczycielką najmłodszych klas.
Trudne sprawy. Zero autorytetu.

Wracając do domu Beata natknęła się na chłoptasia w (a jakże) różowych okularach. Szarmancko poczekał z szeroko otworzonymi drzwiami, aż weszła do środka.
A mógł tymi drzwiami zabić i oskarżyć o napaść.

- Dzień dobry - powiedział cichym głosikiem.
Okay, mogę liczyć wszelkie stereotypowe przerysowania, ale w dalszym tekście jest ich tak dużo, że mógłbym skupić się tylko na tym. A przecież najważniejsza jest fabuła...

- "Pani" wie już wszystko! Donos trafił, gdzie trzeba! Więc proszę nie przepraszać!
- Jaki donos? - chłoptaś zrobił się czerwony jak burak - Ja nie piszę żadnych donosów! Na kogo miałbym pisać?! Z jakiego powodu?! Nie wiem nic o żadnych donosach! Naprawdę! - zapiszczał płaczliwie.
"Ratunku! Heteryczka mnie bije!" 

- No, to może pana mąż, czy tam żona, pisze donosy!  Bo nie mam pojęcia, które z was jest które!

Tak czekała, żeby Bartek przekonał ją, że to wszystko zawracanie głowy, że niepotrzebnie aż tak się przejmuje. Ale on przyszedł jakiś zszarzały i zmięty.
- Chyba muszę napisać wypowiedzenie z pracy - oznajmił na wstępie
PRZYPADEG?

-  Postawili mnie w takiej sytuacji, że trzeba będzie rozejrzeć się za czymś innym. (...) Dzisiaj zastałem swoje biurko we wnęce korytarza.
- A czy wiesz, że to jest spisek?! Nie mam już wątpliwości! - wykrzyknęła łamiącym się głosem i opowiedziała o wszystkim, co ją tego dnia spotkało
Nie sondze!

- Powiedz tylko, że nie odbiorą nam dzieci! - załkała z prawdziwą rozpaczą.
- Nie, oczywiście, że nie. To tylko takie dokuczanie, utrudnianie życia. 
Tak bardzo prześladowania. #Niewola_egipska here i come.

- To jest reżim! To jest totalitarny reżim - powiedziała z przekonaniem - Przecież nie raz o tym mówiliśmy. Nasi chłopcy wpadli im w oko! Chcą ich odebrać i zdeprawować!
Czas chyba przemalować transparenty "Free Tibet" na "Free Polska".

No i zaczyna się rozmowa na temat pewnych znajomości...

- A ten... ten chłopczyk... ten Krystianek... to chyba jest bardzo grzeczny, co?
Buzia Patryka wyraźnie zaczerwieniła się.
- No co? - ponagliła go Beata - Też ci dokucza? Czy może ty dokuczasz Krystiankowi?
- Jemu nie wolno dzwonić do swojej mamy - Patryk powiedział to cichutko i spuścił głowę - Sprawdzają mu komórkę, to ja mu raz pozwoliłem zadzwonić ze swojej.
- Co takiego?? To on ma mamę?

- Tak. Mama jest prawie całkiem niewidoma i mieszka z jego babcią.
Niewidoma więc wzięli i ukradli syna. Powoli rozgryzam fabułę. Seems legit.

- Podobno ma piękne zabawki i własny prawdziwy basen.
- Ma. Faceci go nawet trenują w domu. Musi codziennie pływać wszystkimi stylami. Ale on by wolał i tak być u mamy i babci. Ma u nich własnego psa. I faceci nie pozwalają mu go zabrać.
Jestem pewien, że trenują go na swoją seks-zabawkę.

- Tak o nich mówi? "Faceci"?
- Jak nikt nie słyszy, to "zboki".
- Bo to są zboki! - wykrzyknął z całym przekonaniem Michał.
 Przecinki w niewłaściwych, miejscach albo... tylko niesłyszący są zbokami.

Patryk podświadomie czuje, że odbiorą go rodzicom! Aż serce skurczyło się w niej z bólu. Musi o tym powiedzieć Bartkowi! Natychmiast! Muszą coś zrobić! Trzeba ratować Patryka! Trzeba ratować obu chłopców!
 - Bartek! Słuchaj ...  - zaczęła - Wiesz, co...
 - Co?
 - Ciężka ze mnie idiotka! - dokończyła z głębokim westchnieniem.









Pod drzwiami tych nowszych tęczowych sąsiadów siedziała w kucki dziewczyna z wielką szopą marchewkowych włosów. Obok stał oparty o ścianę plecak. Oblepiały go loga różnych gejowskich i lesbijskich organizacji. Beata skrzywiła się na ten widok.
Nie dość, że ruda to jeszcze lesba - pomyślała.

Żeby we własnej klatce schodowej wciąż spotykać tych "kochających inaczej"! "Prześladują mnie i prowokują" - pomyślała.
Atakujesz mnie swoim jestestwem, droga panno. - powiedziała w końcu - Sio, sio! - pogoniła.

Doskonały plan naprawienia stosunków z różowym okularnikiem zakładał zaciągnięcie dziewczyny do mieszkania.
- Może coś się stało! Może są w szpitalu? - wyraziła swoje przypuszczenie głosikiem niespodziewanie cieniutkim, jak u dziecka.  
- Eee tam! - machnęła ręką Beata - Zaraz w szpitalu!
Najchętniej powiedziałaby, że może poszli na paradę, ale nie po to zaopiekowała się tą żałosną istotą, żeby dać się poznać, jako ktoś złośliwy i nietolerancyjny. 
Dzień dobry, pani Dulska...

Beata po raz pierwszy w życiu zobaczyła kogoś, kogo tak bardzo odmieniło umycie rąk i twarzy. Z łazienki wyszedł zupełnie kto inny. Do stołu wróciła bledziutka dziewczynka z krótkimi czarnymi włosami. W ręku trzymała rudą perukę i kolczyki, które wyciągnęła z nosa i uszu.
- To pani prowadzi w "Tamaryszku" tę rubrykę "W domu ślicznie i praktycznie"? - spytała nagle,  a jej białe policzki lekko się zaróżowiły.
Dulska jak nic!

"Tamaryszek" miał coraz mniejszy nakład i nie można było go znaleźć wśród popularnych czasopism. Zresztą cała prasa katolicka była upychana gdzieś po kątach. Nawet sklepiki przykościelne często nie dysponowały wszystkimi tytułami.
Leżały gdzieś pewnie obok porno i tygodnika Wprost (a tfu!).

- Poznałam, bo pani prowadziła kiedyś w telewizji program dla dzieci "Nasze Robótki".
Brzmi to raczej jak program dostępny tylko po północy.

- Co takiego? O tym też pani wie?! 
- O tym nigdy nie zapomnę!

Telewizyjny epizod przeminął bez echa. A tu przypadkowa lesbijka twierdzi, że ją pamięta!

Przypadkowa lesbijka jest obecnie jednym z moich ulubionych sformułowań na obcych ludzi.

- No przecież Mania Muchowicz! Nie przypomina sobie pani? Wtedy, przed Bożym Narodzeniem, byłam razem z bratem wśród dzieci zaproszonych do studia. Robiliśmy zabawki na choinkę.
- Boże! Za każdym razem była jakaś mała grupka dzieci. Co za przypadek! Więc zapamiętałaś mnie!
Cóż za zbieg okoliczności. Ile ich jeszcze będziemy przeżywać? Któż to może wiedzieć?!

- Dla nas to było wielkie przeżycie! - dziewczynę zupełnie opuściła niedawna apatia. Wydawała się teraz podekscytowana i zarumieniona (jak każdy kto spotka "celebrytę") - Przyjechaliśmy w czwórkę! Z katechetką! Ja w tym programie robiłam baletnicę ze słomy i śpiewałam! I pomyliłam się przy śpiewaniu! A Paweł kichnął! Pamięta pani? Myśmy zapamiętali wszystko! Każdy z nas dostał płytę z programem. Mama znalazła potem panią w "Tamaryszku". A teraz... to... to... mój brat skojarzył pani nazwisko na zebraniu lokatorów i rozpoznał panią  potem. 

Płatni zabójcy i detektywi mają tak bardzo ułatwione zadanie z tak starannie wyselekcjonowanymi nazwiskami.


Faktycznie - zbieg okoliczności szczególny! Brat - gej, siostra -  lesbijka! I to w rodzinie przypuszczalnie katolickiej! Bo kto inny czytałby "Tamaryszek"!
No tak nie może być. Bójcie się Boga! 

- Powtórz więc bratu, żeby przestał się przejmować. Ja doskonale rozumiem, że ludzie mają różne sposoby na życie. Świat byłby nudny, gdyby wszyscy byli jednakowi, a tak jest różnorodny i bardziej interesujący. Oryginalność na tle nudnej stereotypowej większości! Co nie jest dobre dla mnie, nie musi być przecież złe dla kogo innego. Musimy być elastyczni i otwarci.
A ludzie się oburzają, gdy czterdziestoletni faceci z zapałem oglądają kolejne odcinki My Little Pony.

Czy właśnie wygłaszała usprawiedliwienie grzechu?

Będzie się z czego spowiadać.

- Powinnaś swoje zmartwienia powierzyć Panu Bogu, a wszystko ułoży się tak, jak trzeba.  
- Wiem! - wykrzyknęła wręcz Mania Muchowicz - I tak naprawdę tylko Pan Bóg mi pozostał! Ja dłużej tego nie wytrzymam! Ja muszę komuś powiedzieć!
Blogosfera wita z otwartymi ramionami. Wszystkich, niestety...

- A nie pomyślałaś o spowiedzi? - zaryzykowała drażliwe pytanie - Znam pewnego kapłana, który pomaga właśnie w takich... takich... zagubieniach jak twoje. Gdybyś się zgodziła chociaż porozmawiać...  
Dziewczyna podniosła się z krzesła, uniosła obie ręce i tak trwała dłuższą chwilę w prawdziwie teatralnej pozie.
Ach, Antygono ma!

- Bo to jest rzecz straszna! Rzecz okropna! I złamanie prawa! I, jak nas pani wyda, to śmierć! - wyjęczała wreszcie z wielkim dramatyzmem, a jej ręce złożyły się jak do modlitwy - Gdy nas ktoś wyda, to właśnie tylko śmierć! Taka prawdziwa! Nie żadna udawana! Śmierć! Rozumie pani?!
Homo-sekta nie wybacza. 

- Sławek to mój narzeczony, a Pawełek jest moim bratem... - wyszeptała dziewczyna, a z jej  jeżynowych oczu popłynęły nowe strugi łez.
Abstrahując od zaiste rozbudowanej fabuły: jeżynowe oczy, krzaczaste brwi.Tytuł idealny na tomik wierszy.

- Pani sąsiedzi. Ci, co do nich przyjechałam.
- I jeden z nich jest twoim narzeczonym? Przecież to niemożliwe! To znaczy... zdradza cię z twoim... bratem?
Nie takie rzeczy już analizatorzy widzieli i zdołali przetrwać. A jak uczy nas serial Klan - życie, życie jest telenowelą.
 
- Oni nie są żadnymi zboczeńcami! Tylko Paweł nie miał szans na leczenie! Żadnego dostępu do skutecznych leków! Kolejka przynajmniej na rok! A jako gej, mógł rozpocząć terapię natychmiast! Wie pani, ile go to kosztuje? Jego i Sławka! Ile upokorzeń! Ile wstydu! Najgorsze są kłamstwa!
Najgorsze są niekończące się zastępy wykrzyknień, ale co ja tam wiem...

Pawełek ze Sławkiem chodzą ucharakteryzowani, żeby nikt znajomy przypadkiem ich nie rozpoznał. Ja też przyjeżdżam jak przebieraniec.
Z takimi umiejętnościami to nic tylko się zaciągać do agentury.

- Te absurdy są prawdą! Paweł ma białaczkę. Korzysta ze specjalnej fundacji dla gejów, lesbijek i osób transseksualnych.  A teraz, gdyby to się wydało, wstrzymaliby mu leczenie! Może straciłby w ogóle prawo do opieki medycznej! - dziewczyna znów nie mogła powstrzymać łez.
Jak tak dalej pójdzie, to nic tylko ufundować literackie Nagrody imienia Mamuchy. Janusz A. Zajdel niech się kryje.


To zorganizował nasz kolega, taki Jacek, dobry wrażliwy chłopak. Od dzieciństwa bawiliśmy się razem. On miał taką urodę, że wyłowili go do jakichś zdjęć... artystycznych podobno. A potem odwiedził nas ze "swoim chłopakiem". Byliśmy zszokowani. Paweł dał im do zrozumienia, że tego nie akceptujemy i przestaliśmy się widywać. Dopiero ta choroba... Jacek przyjechał i powiedział, że pracuje dla fundacji, która może pomóc. Nie chcieliśmy. Pawełek zwłaszcza nie chciał, ale Jacek powiedział, że trafia mu się jedyna szansa na życie. I to za bardzo niewielką cenę - za udział w szopce.  Przyprowadził nawet chętnego komedianta, ale widać było, że to prawdziwy homoseksualista i mój brat za skarby świata nie mógłby udawać jego partnera.  Wtedy nagle wyrwał się Sławek: "A co nam szkodzi - powiedział - Powygłupiamy się i tyle. A mój przyszły szwagier za to wyzdrowieje." Boże mój! - dziewczyna znów dramatycznie wzniosła ręce do nieba - W mieszkaniu wisi nawet zdjęcie z "pięknej uroczystości zaślubin" - na wypadek czyjejś niepożądanej wizyty! Wie pani co? Posunęliśmy się za daleko! Nie wiem, czy mamy wystarczające usprawiedliwienie! Może i Paweł będzie zdrowy, jeżeli nas wszystkich wcześniej piekło nie pochłonie!
Pozwolę po raz kolejny posłużyć się ilustracją, zamiast słowem:


W myślach zdążyła już odmówić dziesiątek różańca i wyrecytować całą "Odę do młodości". Nawet zdziwiła się, gdy złapała się na szeptaniu, a właściwie wołaniu szeptem: "Hej! Ramię do ramienia"!
Jeśli do tej pory nie spotkaliście się z dokładnym opisem osoby mającej zaburzenia, to właśnie przeczytaliście odpowiedni fragment.


Szkolny psycholog, pan Dacjusz Półkowalski, nie wychodził ze swojego gabinetu
Wy też czujecie to zblazowanie? Nie mogło być inaczej - wszak to ideologiczny wróg naszej głównej bohaterki.

Był przecież najbardziej znaną osobą w mieście -  rozsławiającą swoje miasto osobowością telewizyjną! Zapraszano go do wielu programów - i w telewizji publicznej, i w stacjach komercyjnych. Zawsze wtedy, gdy trzeba było omówić wyjątkowo trudne problemy młodzieży. Do niedawna miał etat w renomowanym gimnazjum i liceum, jednak coraz częstsze obowiązki w telewizji oraz pisanie artykułów dla najróżniejszych periodyków sprawiły, że zdecydował się na pracę w skromnej szkole podstawowej.
Pewnie za podobną stawkę. Inaczej to opowiadanie musiałoby być zupełnym... science fiction!

Przy uchu trzymał komórkę i kończył właśnie jakąś rozmowę- Dzięki! Dziękówka dla tego kolo! - zawołał dźwięcznym głosem
No, gadka normalnie jakbym matkę słyszał.

Pan Dacjusz bowiem miał włosy splecione w dwa warkocze, łączące się na wysokości uszu ze splecioną również w dwa warkoczyki brodą. Ta dziwna konstrukcja z owłosienia robiła wrażenie zakręconych wielkich rogów. (wyczuwam szatana) Całości dopełniały pofarbowane na zielono brwi i niewielki kolczyk ozdabiający usta. Ubrany był w miarę normalnie - miękki dobrego gatunku garnitur, koszula seledynowa, wychodząca spod marynarki. Szczególny był tylko czerwony krawat z obrazkiem zielonego ogórka, który pewnie miał kolorystycznie harmonizować z koszulą i brwiami.
Fantastyka nigdy nie przestanie mnie dziwić, ale takich ludzi nie było nawet w Piątym Elemencie.

Beata dowiaduje się, że mimo swojej inteligencji, żyje w minionej epoce...

- Wychowują ich państwo do funkcjonowania w nieistniejącym już patriarchalnym świecie, ograniczając ich wolność i możliwości wyborów. Przekazali im też państwo, być może nieświadomie, pewne uprzedzenia. Trochę się czuję, jak gdybym miał przekonać arystokratkę rzymską, że okres niewolnictwa minął. Chce pani w tej lub innej konkretnej osobie widzieć podczłowieka, a to już są osoby oddychające wolnością i domagające się takich samych praw, jak ma pani czy pani mąż.

Głowa z ostrym profilem i warkocze zakręcone w rogi rzucały na ścianę iście diabelski cień. Zadrżała i odruchowo wsunęła dłoń do torebki, gdzie na samym dnie w plastikowym pudełeczku spoczywał różaniec.
Oho, od tej całej symboliki w dupach się poprzewracało.


- Sugeruje pan, że trzymamy w domu homoseksualistów jako niewolników! - parsknęła z jawną ironią
Przecież nie wpuszczamy ich nawet do domu!

- My jesteśmy katolikami i dla nas nikt nie jest podczłowiekiem - ani chory, ani stary, ani ten, co się nie zdążył jeszcze urodzić, ani nawet ktoś kompletnie zdeprawowany! I tak właśnie wychowujemy synów, żeby szanowali każdego człowieka.
Dwulicowość Beaty powoli zaczyna przekraczać normy zdrowotne.


- W takim razie proszę sobie odnotować porażkę  wychowawczą. Oto wulgarne SMSy, które otrzymują z komórki państwa niewinnego synka, Patryka, obaj panowie Mrozowie - rodzice naszego ucznia.
- Co takiego?! - Beata poczuła, że zalewa ją fala gorąca,
Nagły Atak Menopauzy.

- A tak. Proszę! Treść mało wymyślna i zawsze taka sama: "Wal się zboku"
Przyjąłbym to za dobrą kartę.


- Przecież żaden z naszych synów tego nie zrobił! Nie mamy za co przepraszać! - nic nie rozumiała. Czuła tylko wściekłość i ogromny żal do Bartka.
- Pani jest kobietą inteligentną i myślę, że znajdziemy płaszczyznę porozumienia. Pani, jako osobie wykształconej, nie potrzebuję tłumaczyć, że... 

I żadnej pracy się nie boi. Ale tym razem heroizm zawiera się w obronie życia i godności, a nie zarabiania pieniędzy.
  
Coś się w jej głowie zaświeciło. Ktoś do kogoś kiedyś tak mówił. Tak! Zna przecież bardzo podobną rozmowę od swojej własnej mamy, gdy w stanie wojennym, pod pretekstem znalezienia ukradzionych kół małego fiata, zwabiono ją do komisariatu milicji i przepytywano na okoliczność uczestnictwa w mszach za ojczyznę.
Tak bardzo prześladowani, uciskane normalnie rodziny, wszędzie tylko żydzi, masoni i niszczenie porządku bożego. I życie tak bardzo udręczone, historia lubi się powtarzać, wszyscy zginiemy, zatłucze nas homo-zomo.

- Pierwszy sprawdzian, to uczestnictwo pani synów w "trans-dniu" - dotarło do niej po dłuższej przerwie.

Panie Orwell, ratunku!
 

- Przecież tłumaczę. Jest to życzliwy ukłon w stronę osób, zwłaszcza uczniów, transseksualnych, którzy źle czują się w swoim ciele i nie mają odwagi zdekonspirować się nawet przed najbliższymi. Chłopcy ubiorą się tego dnia w sukienki, spódniczki, koraliki. Tu jest ogromne pole do inwencji dziecka! Dziewczynki postarają się upodobnić do chłopców. Jest to impreza, której patronuje kuratorium, a ministerstwo patrzy na nią bardzo życzliwym okiem. Gościem w naszej szkole będzie pani poseł Irmina Torturańska, do czterdziestego roku życia nieujawniająca swojej kobiecości. To jest tak otwarta osoba, że odpowie na pewno nawet na najbardziej intymne pytania dzieci. Państwa chłopcy nie mają siostry, niech więc pogrzebią w garderobie mamy! Proszę mi uwierzyć, że proponujemy uczniom znakomite doświadczenie wglądu w odczucia człowieka płci przeciwnej i przekonania się, że różnice są mitem. Dzieli nas cienkie przepierzenie, które łatwo przekroczyć, a różnice fizyczne mogą stać się nieistotne lub łatwe do pokonania.
A w głowie Beaty tylko strach:


Miała wrażenie, że z zakolczykowanych ust Półkowalskiego wylewa się prawdziwy jad. W jego źrenicach dostrzegła żółte błyski.
REPTALIAN! David Icke już na tropie.

Chwilę zbierała siły, zupełnie już roztrzęsiona. Wreszcie poderwała się z najwyższym trudem. Jakiś przesądny strach nie pozwolił jej powiedzieć "do widzenia", bo stanowczo, stanowczo, nie życzyła sobie ponownego spotkania.
- Pójdę już - wykrztusiła przez zaciśnięte zęby i w panice wybiegła na pusty szkolny korytarz.


A dalej... Wspaniały pokaz kunsztu pisarskiego rozpisania w formie prawdziwych zdarzeń zabaw jednego z chłopców. Nic ciekawego, a nawet mniej niż do tej pory.
I wspaniały dodatek o wypełnianiu testu, który już niebawem we wszystkich przedszkolach. Bo wychowanie seksualne...

- Czy widziałeś inne osoby, uprawiające seks? Czy ktoś kiedyś cię uderzył? Czy ktoś zmuszał cię do patrzenia na coś, na co patrzeć nie chcesz? Czy ktoś kiedyś dotykał twoich części intymnych?
Patryk już tylko kręcił głową, że nie. Bał się, że, gdy otworzy usta, może rozpłakać się jak baba. Ale, gdy już po wszystkim, tuż przed wyjściem z gabinetu, padło pytanie: "Kto jest dla ciebie najważniejszy?" - odparł bez żadnego zastanowienia i zupełnie zdecydowanie:
- Pan Bóg.
No właśnie, zupełnie bez zastanowienia.


To go wtedy uspokoiło, choć nie wiedział, czy tak naprawdę myśli. Przypomniał sobie po prostu słowa księdza katechety, że na pierwszym miejscu zawsze musi być Bóg, a wszystko inne ułoży się jak trzeba. 
Chłopiec zamyka drzwi, zostawiając nieco zadziwionego doktora za swoim biurkiem. Kamera powoli przenosi się znad wysokości mebla i powoli odpływa do góry, ukazując postać sam na sam ze sobą. Doktor rozkłada się wygodnie, powoli rozpinając pasek. To nie znaczy, że zaraz rozepnie także rozporek i sięgnie głębiej do spodni. To wcale nie znaczy, że... okay, fuck. Whatever...

5 komentarzy:

kura z biura pisze...

O borze, Mamucha!
Sama myślałam czasem o jej zanalizowaniu, ale zawsze dochodziłam do wniosku, że to trochę za ciężki towar... :)

Anonimowy pisze...

Yeap, niestety za ciężkie, aby ogarnąć. Dlatego tylko niecałe 5 rozdziałów.

turbulencje pisze...

A ja powiem, że analiza mnie nieźle wciągła i aż mnie krew zalewała na to homo-gendero-mózgo-pranie, ale to już ja na to przeczulona jestem. Twór faktycznie ciężki do takiej zwyczajnej analizy... A już napewno nie do czytania na trzeźwo BEZ analizy.

Pozdrawiam!

turbulencje pisze...

A ja powiem, że analiza mnie nieźle wciągła i aż mnie krew zalewała na to homo-gendero-mózgo-pranie, ale to już ja na to przeczulona po prostu jestem. Twór faktycznie ciężki do takiej zwyczajnej analizy... A już na pewno nie do czytania na trzeźwo BEZ analizy.

Pozdrawiam!

Sławomira pisze...

O jeżu borski, mocny towar.